Dlaczego lwice stworzyły kocią korporację na sawannie?

Lwy to absolutne wyjątki w świecie wielkich kotów. Cała reszta tej drapieżnej rodziny – od samotnych, skrytych lampartów po gepardy – uznała, że w internecie i na sawannie najlepiej sprzedaje się indywidualizm. Dlaczego więc lwy jako jedyne założyły firmę i żyją w stadzie? To jest pytanie na doktorat, więc w skrócie… Chodzi o prostą kalkulację: wspólne wychowywanie dzieci, skoordynowane polowania i zbiorowa obrona terytorium. Większy rewir to lepsze zasoby, a w ostatecznym rozrachunku bogate terytorium przyciąga silniejszych samców. Efekt? Pula genetyczna się rozszerza, a stado zyskuje solidniejszą ochronę.
Układ idealny? Nie do końca, bo za tym wszystkim stoi twardy, bezwzględny zarząd. A zarządem tym są samice.

Mając tak dużą rodzinę – siostry, ciotki, dzieciaki w różnym wieku i nienażartych ochroniarzy – trzeba ściśle współpracować przy polowaniach, wychowywać razem młode i wspólnie bronić terytorium łowieckiego. Trzymanie się razem się opłaca. Ale lwy mają też naturalną żyłkę do oszukiwania, zdrad i niedzielenia się posiłkami. Dzikusy. Trzeba mieć jakieś metody, żeby tę dzikość i egoistyczne instynkty lekko stępić. Żeby wszyscy w firmie wiedzieli, że indywidualizm i egoizm są w sprzeczności z interesem rodu. Więzi muszą być nieustannie pielęgnowane.
Lwy mają więc swoje rytuały podtrzymywania bliskości. Chociaż słowo „rytuał” nawiązuje do przekazu kulturowego, one mają po prostu silny instynkt budowania więzi. Uczuciowość ssaków opiera się na hormonach – no niestety, nic romantycznego, czysta chemia. Lwy bardzo dbają o to, żeby ta chemia między nimi była. Więc jak tylko są gdzieś blisko siebie, to są bardzo dotykalskie. Nawet kiedy tylko chwilę nie były ze sobą, to witając się, dają sobie lwie buziaki. Ocieranie czołami, pyskami, lizanko – to u nich standard.
Samice przed atakiem na obcego samca stosują czystą, matematyczną kalkulację. Jeżeli policzą, że dadzą mu radę – gość jest skończony. Już przy proporcji trzy na jednego lwice mogą spokojnie zaatakować nomadycznego samca. Jak będzie miał czelność się długo opierać, to go po prostu zabiją. A że takie spotkania z niechcianym sąsiadem przebiegają zazwyczaj potwornie hałaśliwie, to jest wielka szansa, że ochrona, która się gdzieś włóczy albo ucięła sobie drzemkę, usłyszy ryk i przybiegnie z pomocą.
Jeszcze gorzej mają obce samice. Lwice nie mają absolutnie żadnych oporów, żeby zaatakować obcą samicę, która da się przyłapać na ich terytorium. Sorry, nie ma że sisterhood… No trespassing! Dodatkowo własnymi rykami natychmiast przywołają swoich facetów i powiedzą: „No weź, stary, zajmij się tym, bo tu jakaś obca baba mi krąży po terytorium, trzeba się jej natychmiast pozbyć”.
