Reportaż z drogi: brudne szmaty i testosteron na sawannie

Pora deszczowa w Botswanie w tym roku to był jakiś kosmos.
Drogi? Kompletnie nie do użytku. Lokalni jakoś sobie radzą, bo muszą, ale jadąc na safari, człowiek liczy na odrobinę przyjemności. Do tego ogromne obszary parków narodowych zalała woda. Teren do jazdy drastycznie się skurczył. W marcu wybraliśmy się z Jonathanem do Nxai Pan. Nie dość, że chmury zepsuły zdjęcia, to większą zabawę mieliśmy z walki w błocie niż z oglądania zwierząt. Było ich tam jak na lekarstwo.
Ale Botswana powoli wysycha. Poziom rzek w moim odczuciu wciąż się nie zmienia, ale trasy stały się w końcu przejezdne, błoto wyschło.
Chciałam zrobić sobie małą przyjemność przed powrotem do Polski. Cel: mój ulubiony park narodowy, Nxai Pan.
Jechała kiepską trasą na Francistown, słynącą z dziur wielkości basenu. Na szczęście odcinek do Makgadikgadi jest w porządku. Zaliczyłam parę wyrw, ale nic w samochodzie nie urwałam.
Jadąc tędy, musisz zmierzyć się z policją. Stały posterunek, a na nim obowiązkowe czyszczenie butów. Wszystko przez veterinary fences – płoty weterynaryjne, które teoretycznie odcinają bydło domowe od dzikiej przyrody.
IZatrzymuję samochód. Po prawej stoi policjant, został jakieś dwa metry z tyłu. Otwieram okno. On celuje palcem w znak „STOP”, który minęłam, i rzuca: – Powinnaś się zatrzymać tutaj.
Patrząc mu w oczy – lekko prowokacyjnie, ale wciąż grzecznie – wrzucam wsteczny. Cofam te dwa metry. – Teraz jest w porządku? – pytam.
Pojawia się pomocnik. Każe otworzyć bagażnik. Pytanie standardowe: czy mam w aucie inne buty? Jeśli masz, wszystkie muszą wylądować na brudnej szmacie nasączonej nie wiadomo czym. Potem kontrola bagażnika i chcą zajrzeć do środka czy na tylnych siedzeniach nie dochodzi do nielegalnego przemytu obuwia i mięsa...
Nie wiem, czy rekwirują wszystko, ale raz wyciągnęli nam z lodówki fabrycznie zamkniętą wędlinę i przesłuchiwali, skąd ją mamy. Chociaż na opakowaniu była naklejka z lokalnego sklepu.
Wsiadam do auta, a tuż przy wycieraczce wątpliwej czystości pojawia się kobieta. Bez rękawiczek łapie tę brudną szmatę i zaczyna ją płukać. Setki ludzi zostawiają tam syf ze swoich podeszew, więc strach pomyśleć, co tak naprawdę na nich wywozisz.
Zdjęć posterunku nie mam – w Botswanie lepiej nie celować obiektywem w obiekty wojskowe i policyjne.
Nxai Pan na szczęście nie zawiodło. Słoni wprawdzie niewiele, doliczyłam się sześciu. Za to dwa kręciły się w krzakach całkiem blisko lwów. Czekałam aż się lwy zorientują i zacznie się akcja…ale jak to w upał. Lwy były leniwe.
Spędziłam przy nich trochę czasu, czekając, aż zmienią pozycję na bardziej malowniczą. Niestety, leżały płasko w trawie. Fatalne warunki do fotografowania.
W dodatku na mój plan zdjeciowy wjechali pracownicy parku. Samochód na czerwonych blachach pojazdu rządowego. Jeśli widzisz kogoś, kto jedzie 160 km/h, ignorując dziury, na bank jedzie służbowym autem. Panowie z obsługi pogrozili mi palcem. Pouczyli, że to nie jest droga dla samochodów.
Na moje oko wyglądała jak droga. Usłyszałam, że uprawiam nielegalny off-road. Całe szczęście, że to nie byli rangersi – ci wlepiliby mi mandat - do 10 tysięcy pula.
Na sawannie trwa właśnie pora zalotów. Młode antylopy mają mocno podniesiony poziom testosteronu. I choć żadna nie może jeszcze przygruchać sobie własnego haremu, namiętnie ćwiczą przepychanki. Przynajmniej w kadrze było dynamicznie.
Reportaż z drogi: Pora deszczowa, brudne szmaty i testosteron na sawannie

Pora deszczowa w Botswanie w tym roku to był jakiś kosmos.
Drogi? Kompletnie nie do użytku. Lokalni jakoś sobie radzą, bo muszą, ale jadąc na safari, człowiek liczy na odrobinę przyjemności. Do tego ogromne obszary parków narodowych zalała woda. Teren do jazdy drastycznie się skurczył. W marcu wybraliśmy się z Jonathanem do Nxai Pan. Nie dość, że chmury zepsuły zdjęcia, to większą zabawę mieliśmy z walki w błocie niż z oglądania zwierząt. Było ich tam jak na lekarstwo.
Ale Botswana powoli wysycha. Poziom rzek w moim odczuciu wciąż się nie zmienia, ale trasy stały się w końcu przejezdne, błoto wyschło.
Chciałam zrobić sobie małą przyjemność przed powrotem do Polski. Cel: mój ulubiony park narodowy, Nxai Pan.
Jechałam kiepską trasą na Francistown, słynącą z dziur wielkości basenu. Na szczęście odcinek do Makgadikgadi jest w porządku. Zaliczyłam parę wyrw, ale nic w samochodzie nie urwałam.
Jadąc tędy, musisz zmierzyć się z policją. Stały posterunek, a na nim obowiązkowe czyszczenie butów. Wszystko przez veterinary fences – płoty weterynaryjne, które teoretycznie odcinają bydło domowe od dzikiej przyrody.
IZatrzymuję samochód. Po prawej stoi policjant, został jakieś dwa metry z tyłu. Otwieram okno. On celuje palcem w znak „STOP”, który minęłam, i rzuca: – Powinnaś się zatrzymać tutaj.
Patrząc mu w oczy – lekko prowokacyjnie, ale wciąż grzecznie – wrzucam wsteczny. Cofam te dwa metry. – Teraz jest w porządku? – pytam.
Pojawia się pomocnik. Każe otworzyć bagażnik. Pytanie standardowe: czy mam w aucie inne buty? Jeśli masz, wszystkie muszą wylądować na brudnej szmacie nasączonej nie wiadomo czym. Potem kontrola bagażnika i chcą zajrzeć do środka czy na tylnych siedzeniach nie dochodzi do nielegalnego przemytu obuwia i mięsa...
Nie wiem, czy rekwirują wszystko, ale raz wyciągnęli nam z lodówki fabrycznie zamkniętą wędlinę i przesłuchiwali, skąd ją mamy. Chociaż na opakowaniu była naklejka z lokalnego sklepu.
Wsiadam do auta, a tuż przy wycieraczce wątpliwej czystości pojawia się kobieta. Bez rękawiczek łapie tę brudną szmatę i zaczyna ją płukać. Setki ludzi zostawiają tam syf ze swoich podeszew, więc strach pomyśleć, co tak naprawdę na nich wywozisz.
Zdjęć posterunku nie mam – w Botswanie lepiej nie celować obiektywem w obiekty wojskowe i policyjne.
Nxai Pan na szczęście nie zawiodło. Słoni wprawdzie niewiele, doliczyłam się sześciu. Za to dwa kręciły się w krzakach całkiem blisko lwów. Czekałam aż się lwy zorientują i zacznie się akcja…ale jak to w upał. Lwy były leniwe.
Spędziłam przy nich trochę czasu, czekając, aż zmienią pozycję na bardziej malowniczą. Niestety, leżały płasko w trawie. Fatalne warunki do fotografowania.
W dodatku na mój plan zdjeciowy wjechali pracownicy parku. Samochód na czerwonych blachach pojazdu rządowego. Jeśli widzisz kogoś, kto jedzie 160 km/h, ignorując dziury, na bank jedzie służbowym autem. Panowie z obsługi pogrozili mi palcem. Pouczyli, że to nie jest droga dla samochodów.
Na moje oko wyglądała jak droga. Usłyszałam, że uprawiam nielegalny off-road. Całe szczęście, że to nie byli rangersi – ci wlepiliby mi mandat - do 10 tysięcy pula.
Na sawannie trwa właśnie pora zalotów. Młode antylopy mają mocno podniesiony poziom testosteronu. I choć żadna nie może jeszcze przygruchać sobie własnego haremu, namiętnie ćwiczą przepychanki. Przynajmniej w kadrze było dynamicznie.
Zamiast oglądania Wielkiej Piątki, dostaliśmy więc hardkorową zabawę w 4x4 i off-road w najczystszej, bezwzględnej postaci.
Namiot 5 metrów od Hippo Pool i brak drewna
Przez zalane tereny przedarliśmy się w miejsce, które bez pomocy lokalsów byłoby całkowicie nie do znalezienia. Żadnego oficjalnego campingu, zero infrastruktury. Droga była świeżo wyjechana w buszu – co chwilę pod kołami strzelały ścięte, ostre pieńki, z których każdy mógł w ułamku sekundy rozpruć oponę. Na finałowym odcinku musieliśmy jechać na oślep przez ubitą trawę. Gdyby miejscowi nie wyszli nam fizycznie naprzeciw na drogę, krążylibyśmy tam do nocy.
Rozstawiliśmy obóz. Wypakowujemy dobytek z samochodu, a zaledwie 100 metrów od nas, jak gdyby nigdy nic, pasie się stado słoni – samice z młodymi. Pięknie? Cudownie. Tyle że uświadomiliśmy sobie jedną rzecz: nie mamy suchego drewna.
Brak ogniska w afrykańskim buszu po zmroku to nie jest kwestia „braku klimatu”. To jest realne złamanie zasad BHP i zaproszenie do tragedii. Rozbiliśmy się zaledwie 5 metrów od krawędzi wody, bo tylko tam ziemia była na tyle twarda, że nie grzęźliśmy w błocie po kolana. A ta woda przed naszymi nosami? Nazywa się, proszę Państwa, Hippo Pool. No, więc sami zgadnijcie, jakich mieliśmy sąsiadów ukrytych w wodnej gęstwinie tuż obok. Hipopotamy w nocy wychodzą na żer na ląd. Bez ognia, który trzyma je na dystans, spędzasz noc w rosyjskiej ruletce.
Zamiast kombinować i szukać mało etycznych rozwiązań, stwierdziłam krótko: „Szybka akcja: wracamy do wioski Khwai, kupujemy legalne drewno od lokalsów i natychmiast wracamy do bazy”. Do zachodu słońca mieliśmy jakieś półtorej godziny. Droga w tamtą stronę zajęła nam 35 minut, więc kalkulacja była prosta – spoko, zdążymy przed szóstą.
I w tym momencie sawanna powiedziała: „Sprawdzam”.
Jak dwutonowa Toyota Prado uczy się pływać
W środku zalanej drogi samochód jadący przed nami po prostu stanął i zdechł. Po angielsku mówią na to hydro-lock – woda w silniku, brak kompresji, trup. W buszu obowiązuje absolutne, święte prawo: ludzi w tarapatach się nie zostawia. Bez dyskusji. Wyciągnęliśmy liny, wzięliśmy niefortunnego kierowcę na hol i zaczęliśmy techniczną, morderczą walkę z czasem i błotem, by zdążyć przed zachodem słońca.
Mój FJ Cruiser jest po prostu zajebisty. Jeździłam w swoim życiu legendarnym Land Roverem Defenderem, ale on nie miał w sobie nawet połowy tej potężnej, surowej mocy. Szliśmy jak czołg. Momentami woda zalewała nam przednie reflektory i rzygała falą prosto na maskę, a błoto pod spodem próbowało zassać nas na amen. FJ Cruiser, brodząc po połowę drzwi w wodzie, bez zająknięcia ciągnął za sobą przez te kratery dwutonową Toyotę Prado. Kto jeździł w off-roadzie, ten wie, jakie niespodzianki kryją w sobie niewinne z pozoru botswańskie kałuże.
Ostatecznie jednak sawanna nas pokonała. Trafiliśmy na wielką plamę błota, która z wierzchu wyglądała na lekko zasuszoną skorupę. Ktoś z lokalsów wbił w nią nawet ostrzegawczy kij – jasny komunikat dla kierowców: „Nawet nie próbuj tu wjeżdżać, mamparo”.
Wjazd w to bagno z dwutonowym pasażerem na linie na pewno nie był najlepszym, najbardziej racjonalnym pomysłem w moim życiu (mój mózg z ADHD w takich momentach lubi ignorować kontrolę poznawczą). Ale JC (Jonathan) spojrzał na to, uśmiechnął się i rzucił tylko: „Hej, przygoda!”. Wiedzieliśmy, że tuż za nami jadą trzy kolejne samochody pełne amerykańskich nastolatków, więc w razie czego pomoc była blisko.
Reportaż z drogi: Pora deszczowa, brudne szmaty i testosteron na sawannie

Pora deszczowa w Botswanie w tym roku to był jakiś kosmos.
Drogi? Kompletnie nie do użytku. Lokalni jakoś sobie radzą, bo muszą, ale jadąc na safari, człowiek liczy na odrobinę przyjemności. Do tego ogromne obszary parków narodowych zalała woda. Teren do jazdy drastycznie się skurczył. W marcu wybraliśmy się z Jonathanem do Nxai Pan. Nie dość, że chmury zepsuły zdjęcia, to większą zabawę mieliśmy z walki w błocie niż z oglądania zwierząt. Było ich tam jak na lekarstwo.
Ale Botswana powoli wysycha. Poziom rzek w moim odczuciu wciąż się nie zmienia, ale trasy stały się w końcu przejezdne, błoto wyschło.
Chciałam zrobić sobie małą przyjemność przed powrotem do Polski. Cel: mój ulubiony park narodowy, Nxai Pan.
Nxai Pan na szczęście nie zawiodło. Słoni wprawdzie niewiele, doliczyłam się sześciu. Za to dwa kręciły się w krzakach całkiem blisko lwów. Czekałam aż się lwy zorientują i zacznie się akcja…ale jak to w upał. Lwy były leniwe.
Spędziłam przy nich trochę czasu, czekając, aż zmienią pozycję na bardziej malowniczą. Niestety, leżały płasko w trawie. Fatalne warunki do fotografowania.
W dodatku na mój plan zdjeciowy wjechali pracownicy parku. Samochód na czerwonych blachach pojazdu rządowego. Jeśli widzisz kogoś, kto jedzie 160 km/h, ignorując dziury, na bank jedzie służbowym autem. Panowie z obsługi pogrozili mi palcem. Pouczyli, że to nie jest droga dla samochodów.
Na moje oko wyglądała jak droga. Usłyszałam, że uprawiam nielegalny off-road. Całe szczęście, że to nie byli rangersi – ci wlepiliby mi mandat - do 10 tysięcy pula.
Na sawannie trwa właśnie pora zalotów. Młode antylopy mają mocno podniesiony poziom testosteronu. I choć żadna nie może jeszcze przygruchać sobie własnego haremu, namiętnie ćwiczą przepychanki. Przynajmniej w kadrze było dynamicznie.

Jechałam kiepską trasą na Francistown, słynącą z dziur wielkości basenu. Na szczęście odcinek do Makgadikgadi jest w porządku. Zaliczyłam parę wyrw, ale nic w samochodzie nie urwałam.
Jadąc tędy, musisz zmierzyć się z policją. Stały posterunek, a na nim obowiązkowe czyszczenie butów. Wszystko przez veterinary fences – płoty weterynaryjne, które teoretycznie odcinają bydło domowe od dzikiej przyrody.
IZatrzymuję samochód. Po prawej stoi policjant, został jakieś dwa metry z tyłu. Otwieram okno. On celuje palcem w znak „STOP”, który minęłam, i rzuca: – Powinnaś się zatrzymać tutaj.
Patrząc mu w oczy – lekko prowokacyjnie, ale wciąż grzecznie – wrzucam wsteczny. Cofam te dwa metry. – Teraz jest w porządku? – pytam.
Pojawia się pomocnik. Każe otworzyć bagażnik. Pytanie standardowe: czy mam w aucie inne buty? Jeśli masz, wszystkie muszą wylądować na brudnej szmacie nasączonej nie wiadomo czym. Potem kontrola bagażnika i chcą zajrzeć do środka czy na tylnych siedzeniach nie dochodzi do nielegalnego przemytu obuwia i mięsa...
Nie wiem, czy rekwirują wszystko, ale raz wyciągnęli nam z lodówki fabrycznie zamkniętą wędlinę i przesłuchiwali, skąd ją mamy. Chociaż na opakowaniu była naklejka z lokalnego sklepu.
Wsiadam do auta, a tuż przy wycieraczce wątpliwej czystości pojawia się kobieta. Bez rękawiczek łapie tę brudną szmatę i zaczyna ją płukać. Setki ludzi zostawiają tam syf ze swoich podeszew, więc strach pomyśleć, co tak naprawdę na nich wywozisz.
Zdjęć posterunku nie mam – w Botswanie lepiej nie celować obiektywem w obiekty wojskowe i policyjne.
Nxai Pan na szczęście nie zawiodło. Słoni wprawdzie niewiele, doliczyłam się sześciu. Za to dwa kręciły się w krzakach całkiem blisko lwów. Czekałam aż się lwy zorientują i zacznie się akcja…ale jak to w upał. Lwy były leniwe.
Spędziłam przy nich trochę czasu, czekając, aż zmienią pozycję na bardziej malowniczą. Niestety, leżały płasko w trawie. Fatalne warunki do fotografowania.
W dodatku na mój plan zdjeciowy wjechali pracownicy parku. Samochód na czerwonych blachach pojazdu rządowego. Jeśli widzisz kogoś, kto jedzie 160 km/h, ignorując dziury, na bank jedzie służbowym autem. Panowie z obsługi pogrozili mi palcem. Pouczyli, że to nie jest droga dla samochodów.
Na moje oko wyglądała jak droga. Usłyszałam, że uprawiam nielegalny off-road. Całe szczęście, że to nie byli rangersi – ci wlepiliby mi mandat - do 10 tysięcy pula.
Na sawannie trwa właśnie pora zalotów. Młode antylopy mają mocno podniesiony poziom testosteronu. I choć żadna nie może jeszcze przygruchać sobie własnego haremu, namiętnie ćwiczą przepychanki. Przynajmniej w kadrze było dynamicznie.







