
Tegoroczna pora deszczowa w Botswanie to był totalny kosmos – drogi zamieniły się w baseny. Gdy w końcu ruszyłam w stronę mojego ukochanego Nxai Pan, zamiast sielankowego safari zaliczyłam reprymendę od rządowych urzędników za rzekomy nielegalny off-road. Na szczęście honoru sawanny uratowały młode antylopy, u których buzujący testosteron i treningowe walki o harem zapewniły mi na kadrach dokładnie taką dynamikę, po jaką tam jechałam.

Zawsze mnie ciekawiło, jak w danej kulturze traktuje się zmarłych.
Lubię odwiedzać cmentarze w trakcie moich podróży, ale w Botswanie cmentarze to zarośnięte trawą haszcze.

W miastach główne ulice bywają asfaltowe, ale wszystkie boczne uliczki prowadzące do osiedli to już czysty piach. Na tych drogach przeżyjecie kolejny szok poznawczy. Słowo „dziurawe” nie oddaje jednak tego, co tam zobaczycie. Jonathan nazywa te miejsca „swimming pools” – to nie dziura, to basen.

Safari w Botswanie zaczyna się dokładnie w sekundzie, w której Wasze koła mijają rogatki miasta. I tutaj muszę Was brutalnie rozczarować, zwłaszcza jeśli planujecie podróż w porze deszczowej: może się zdarzyć, że w słynnych parkach narodowych nie zobaczycie absolutnie nic.
Misja - zobaczyć Deltę od północnej strony. Wynik: podtrzymaliśmy stereotyp. Drogi w Botswanie w porze deszczowej to piekło
