
Weekendowy „break from the city” spędziłam na safari. Pojechałam sama (jak zawsze wzbudzając tym sensacje) eksplorować nowe terytorium. Człowiek siedzi sam w samochodzie, cały czas czujny, a ADHD nie odpuszcza. Mój zajęty kreacją pomysłów na kolejne posty 😊.
Jazda po afrykańskich piaszczystych drogach, bez ludzi w zasięgu wzroku i słuchu to podróż samotnika. W ciągu 3 dni minęło mnie może w parku 15 samochodów – a to była prywatna ziemia, na której lokalne firmy również robią safari – więc naprawdę jak na miejsce turystyczne było pusto.
Ale dopóki nie wjeżdżałam na mniej uczęszczane drogi (można poznać, bo są zarośnięte przygnieciona trawą, a nie piaszczyste, czasem je trudno nawet zauważyć), wiedziałam, że prędzej czy później ktoś tam będzie jechał w razie W – gdyby mi się cos stało z moim jak na razie niezawodnym FJ Cruiserem – kocham mój samochód 😍
Podzielę się tym czego ja się boję na moim samotnym safari. Są trzy sytuacje, które zwiększają moją czujność.


Pierwsza to przejazd przez las mopane. Chociaż rosną nawet do 15 metrów wysokości większość mijanych będzie miała nie więcej niż 3 metry. To są ulubione zagajniki słoni. Wyglądają jak wielkie uprawy porzeczek. W tych zagajnikach drzewa nie rosną wysoko, dlatego, że są notorycznie przycinane przez słonie ze względu na wysokie wartości odżywcze. Słonie lubią w tych laskach mopane spędzać noce, ale też gorące godziny w ciągu dnia.
Jedzie się więc takim gęstym terenem, krętą drogą więc naprawdę trudno jest słonia zobaczyć z wyprzedzeniem. Może być tak, że po prostu będzie stał od Was trzy metry i zobaczycie go w ostatniej chwili w jakimś prześwicie między krzakami.
A jeżeli on nie lubi akurat dźwięku Waszego silnika albo klimatyzacji! to może być potencjalnie niebezpieczna sytuacja. Jeżeli to jest jeszcze samiec w must –to jest taka męska ruja, która czasami trwa wiele miesięcy, jest bardziej pobudzony, agresywny i atakuje czasem bez wyraźnego powodu. Tzn. Wasza obecność może być wystarczającym powodem, bez względu na Wasze zachowanie czy odległość.
Druga rzecz, która mnie niepokoi kiedy jadę przez zagajniki, to że mogę wjechać na coś co przebije mi oponę. Na drodze zdarzają się ostre kikuty po karczowanych drzewach. Nawet jeżeli mam ze sobą swój recovery kit i zmiana koła poza ciężarem do dźwigania nie jest wyzwaniem inżynieryjnym, nie chciałabym w takim gąszczu robić długiego postoju i wyłazić z samochodu. Wiedząc, że w krzakach mogą być nie tylko zaskoczone moja obecnością słonie, ale też lwy albo głodne lamparty.
Wiem, że sporo czytelników rozważa wyjazd do Afryki, wielu preferuje self-drive. Super, że byliście i nic Wam się nie przydarzyło, ale dobrze jest wiedzieć, co może Wam naprawdę grozić ze strony zwierząt i jakie miejsca są mniej bezpieczne od innych (w razie pytań piszcie).

Trzecia sytuacja, która podnosi adrenalinę.
Mój pęcherz w nocy nie śpi. Trzeba wyjść z namiotu. Na nieogrodzonym campingu.
Na szczęście w nocy łatwiej jest wypatrzyć zwierzęta, bo ich oczy odbijają światło latarki.
Choć raz po wezwaniu na trawkę, już będąc w namiocie, poświeciłam z ciekawości…20 metrów ode mnie szły dwie lwice. Miałam kilkusekundowe szczęście.
A w ten weekend wychodząc na nocne znaczenie terenu wokół namiotu zobaczyłam kilkanaście metrów od siebie bawoła. Ci z Was, którzy nie mają wiedzy w tym temacie,: „no dobra, to bawół, to nie jest drapieżnik”, ale jest to jedno z najbardziej niebezpiecznych zwierząt w Afryce. Ustawiłam na niego latarkę, żeby wiedzieć, jakie ma zamiary. Był sam, dagga boy, stary samiec, który przychodzi na kemping wieczorami i zostaje do rana. Tam, gdzie są ludzie, jest mniejsza szansa, że przyjdą zapolować na niego lwy. On „świadomie” podjął tę decyzję, żeby być na kempingu, wiedział, że tam są ludzie, i nie zdziwił się, jak wychodziłam z namiotu. Nie miał złych zamiarów. Ta sama sytuacja gdzieś dalej od kempingu i ludzkich odgłosów byłaby już bardzo niebezpieczna.
Sikanie w nocy nie jest zalecane. Ale odwodnienie w Afryce też nie. Trzeba jakoś to przetrwać 😊. Albo nie pić wieczorami, albo ryzykować…