Powrót do bloga

Klęska urodzaju w Delcie Okawango, czyli jak utopić Toyotę


Safari w Botswanie zaczyna się dokładnie w sekundzie, w której Wasze koła mijają rogatki miasta. I tutaj muszę Was brutalnie rozczarować, zwłaszcza jeśli planujecie podróż w porze deszczowej: może się zdarzyć, że w słynnych parkach narodowych nie zobaczycie absolutnie nic. Zwierzęta głupie nie są. Gdy w głębokim buszu mają pod dostatkiem wody i dziesiątki ukrytych przed ludźmi oczek wodnych, nie widzą najmniejszego sensu, by kręcić się przy bitych drogach i znosić ryk turystycznych silników.

Dlatego ja mam żelazną zasadę: aparat wyciągam i odpalam w ułamku sekundy, gdy tylko minę jakiekolwiek zwierzę na publicznej drodze. Bo na sawannie w porze deszczowej to jedno minięte stworzenie może być jedynym, jakie w ogóle zobaczycie przez cały dzień.


Tak właśnie wyglądała nasza ostatnia wyprawa do Khwai pod koniec pory deszczowej. Zazwyczaj na początku maja w Botswanie zaczyna już podsychać. Ale nie w tym roku. W tym roku Botswana przeżywa absolutną klęskę urodzaju. W regionie, gdzie średnia roczna suma opadów to około 450 mm, z nieba wylało się ponad 1000 mm wody! Delta Okawango zanotowała najwyższy poziom zalania od 2011 roku. Krajobraz jest tak zatopiony, że nawet zawodowi przewodnicy, których mijaliśmy po drodze, bezradnie wzruszali ramionami: „Nie ma gdzie jeździć, wszystko stoi pod wodą, nic nie widać”. Turyści łaknący szybkich „city breaków” w afrykańskim wydaniu mogą w tym sezonie przeżyć potężny szok poznawczy.


Zamiast oglądania Wielkiej Piątki, dostaliśmy więc hardkorową zabawę w 4x4 i off-road w najczystszej, bezwzględnej postaci.

Namiot 5 metrów od Hippo Pool i brak drewna

Przez zalane tereny przedarliśmy się w miejsce, które bez pomocy lokalsów byłoby całkowicie nie do znalezienia. Żadnego oficjalnego campingu, zero infrastruktury. Droga była świeżo wyjechana w buszu – co chwilę pod kołami strzelały ścięte, ostre pieńki, z których każdy mógł w ułamku sekundy rozpruć oponę. Na finałowym odcinku musieliśmy jechać na oślep przez ubitą trawę. Gdyby miejscowi nie wyszli nam fizycznie naprzeciw na drogę, krążylibyśmy tam do nocy.

Rozstawiliśmy obóz. Wypakowujemy dobytek z samochodu, a zaledwie 100 metrów od nas, jak gdyby nigdy nic, pasie się stado słoni – samice z młodymi. Pięknie? Cudownie. Tyle że uświadomiliśmy sobie jedną rzecz: nie mamy suchego drewna.

Brak ogniska w afrykańskim buszu po zmroku to nie jest kwestia „braku klimatu”. To jest realne złamanie zasad BHP i zaproszenie do tragedii. Rozbiliśmy się zaledwie 5 metrów od krawędzi wody, bo tylko tam ziemia była na tyle twarda, że nie grzęźliśmy w błocie po kolana. A ta woda przed naszymi nosami? Nazywa się, proszę Państwa, Hippo Pool. No, więc sami zgadnijcie, jakich mieliśmy sąsiadów ukrytych w wodnej gęstwinie tuż obok. Hipopotamy w nocy wychodzą na żer na ląd. Bez ognia, który trzyma je na dystans, spędzasz noc w rosyjskiej ruletce.

Zamiast kombinować i szukać mało etycznych rozwiązań, stwierdziłam krótko: „Szybka akcja: wracamy do wioski Khwai, kupujemy legalne drewno od lokalsów i natychmiast wracamy do bazy”. Do zachodu słońca mieliśmy jakieś półtorej godziny. Droga w tamtą stronę zajęła nam 35 minut, więc kalkulacja była prosta – spoko, zdążymy przed szóstą.

I w tym momencie sawanna powiedziała: „Sprawdzam”.


Common.Elements.Image.Web

Jak dwutonowa Toyota Prado uczy się pływać

W środku zalanej drogi samochód jadący przed nami po prostu stanął i zdechł. Po angielsku mówią na to hydro-lock – woda w silniku, brak kompresji, trup. W buszu obowiązuje absolutne, święte prawo: ludzi w tarapatach się nie zostawia. Bez dyskusji. Wyciągnęliśmy liny, wzięliśmy niefortunnego kierowcę na hol i zaczęliśmy techniczną, morderczą walkę z czasem i błotem, by zdążyć przed zachodem słońca.

Mój FJ Cruiser jest po prostu zajebisty. Jeździłam w swoim życiu legendarnym Land Roverem Defenderem, ale on nie miał w sobie nawet połowy tej potężnej, surowej mocy. Szliśmy jak czołg. Momentami woda zalewała nam przednie reflektory i rzygała falą prosto na maskę, a błoto pod spodem próbowało zassać nas na amen. FJ Cruiser, brodząc po połowę drzwi w wodzie, bez zająknięcia ciągnął za sobą przez te kratery dwutonową Toyotę Prado. Kto jeździł w off-roadzie, ten wie, jakie niespodzianki kryją w sobie niewinne z pozoru botswańskie kałuże.



 

Ostatecznie jednak sawanna nas pokonała. Trafiliśmy na wielką plamę błota, która z wierzchu wyglądała na lekko zasuszoną skorupę. Ktoś z lokalsów wbił w nią nawet ostrzegawczy kij – jasny komunikat dla kierowców: „Nawet nie próbuj tu wjeżdżać, mamparo”.

Wjazd w to bagno z dwutonowym pasażerem na linie na pewno nie był najlepszym, najbardziej racjonalnym pomysłem w moim życiu (mój mózg z ADHD w takich momentach lubi ignorować kontrolę poznawczą). Ale JC (Jonathan) spojrzał na to, uśmiechnął się i rzucił tylko: „Hej, przygoda!”. Wiedzieliśmy, że tuż za nami jadą trzy kolejne samochody pełne amerykańskich nastolatków, więc w razie czego pomoc była blisko.

Common.Elements.Image.Web

Link do akcji "ratunkowej"