To co oczywiście jest najfajniejsze w safari – oczekiwanie, tropienie a potem przeglądanie zdjęć 😊. Ja jeszcze zaliczam do najlepszych wrażeń nocne odgłosy.
Wiatr poruszał liśćmi drzewa, które w dzień nas ratuje swoim cieniem. Lokalna nazwa tego drzewa to Rain Tree. Szelest ocierających się liści brzmi jak deszcz. Ale rano okazało się, że niekoniecznie było tak romantycznie. Ze zbiornika w wodą się lało…czar prysł.
Szelest w trawie za toaletą oczywiście sprawdziliśmy. Bo jak nie sprawdzić co łazi po polu namiotowym. To były Waterbucki – koby śniade, antylopy z uroczym nosem w kształcie serca. które przyszły do obozu zapewne w celu zwiększenia bezpieczeństwa, bo teoretycznie w obozie są mniejsze szanse na bycie upolowanym. A wokół hasały lwy, więc ja się kobom nie dziwię, że wolą towarzystwo ludzi.


Z częstotliwością co najmniej co kwadrans ryczą hipopotamy. Ryki terytorialne hipopotamów brzmią, jakby ktoś o dużej masie ciała ironicznie się śmiał.
Mój ulubiony głos sawanny – chichot hien. Koleżanki hieny rozkosznie wyły co chwila, ale nie dało się ich wypatrzyć. W dzień żadnej nie spotkaliśmy. Były tropy. Plus ukradły nasz worek ze śmieciami. Mam nadzieje, że smakowały im resztki sosu bolognese…
Dodam chrapanie chłopaka - jeden z najmniej przyjemnych odgłosów w trakcie nocy.
I na koniec wisienka na torcie: ryki terytorialne lwów. Jonathan powiedział, że dawno już nie słyszał lwów, które by ryczały całą noc.
Rano, nie znając za bardzo terenu, postanowiliśmy śledzić lokalnych przewodników i dosyć szybko trafiliśmy na samca. Trochę porykiwał, więc myśleliśmy, że komunikuje się z kumplem.
Ale w powiększeniu widać, że dostał w ryja. Nie wyglądało to jakby to była jakaś poważna walka, co oznacza, że pobił się z kumplem o dziewczynę.
Wniosek ten uznaliśmy jednak za możliwy dopiero wtedy, gdy znaleźliśmy parę kochanków, która akurat sobie drzemała. To wyjaśniałoby nocne porykiwania oraz bliznę na twarzy blondyna.
Brunet odniósł sukces i na ten moment – chociaż są w koalicji – wywalczył sobie prawo pierwszeństwa do samicy.
Każdy z kochanków ma jakieś blizny. Wygrany samiec dostał jednak w szczękę przy potyczce o pierszeństwo. A samica ma obrażenia jak po zwyczajnym u lwów, lekko przemocowym seksie. Rany kłute na grzbiecie, zadrapanie na szyi..klasyka przemocy domowej u lwów.
Spędziliśmy z tą parą, myślę, z trzy godziny. Głównie spali i ziewali, a na seks oddalili się w bardziej intymne krzaki mopane, więc nie nagraliśmy żadnego softa z sawanny….






