
2 w nocy – 90 decybeli wyjącej hieny (whoops – okrzyk dalekiego zasięgu) tuż przy namiocie wyrwał nas ze snu. Jaramy się. Biorę latarkę. 3 hieny łażą wokół samochodu i naszej jadalni.
5 rano – 120 decybeli ryczących nagle lwów. 3 samce, 200 metrów od nas (co odkryliśmy później). Ryk pojawił się znikąd i znacząco przyspieszył perystaltykę jelit. Nasłuchujemy dalej – 2 samce ruszyły dalej na obchód, jeden został w tym samym miejscu. Ryczały z częstotliwością co 5-10 minut. W końcu ten który był blisko ruszył też w stronę swoich towarzyszy.
Nie mogłam już zasnąć i b_yło oczywiste, że pojedziemy ich szukać, więc jak tylko zrobiło się widniej postanowiłam szybko zrobić kawę. Ale zanim wyszłam z namiotu jeden z nich ryczał coraz bliżej. Drzwi do samochodu na wszelki wypadek otwarte. Jonathan jeszcze w namiocie dachowym. Więc jedna para – moich – oczu do monitorowania otoczenia.
Na kampingu byliśmy sami, pracownicy jakieś 150 metrów od nas, za gęstymi krzakami. Podejrzewam, że w razie awarii zupełnie nieprzydatni. Więc środek niczego a my mamy 3 samce gdzieś blisko.
Ponieważ hieny lubią zrobić bałagan na campingu wszystko co niezbędne do zrobienia kawy w samochodzie. Łaziłam między stołem a bagażnikiem ciągle patrząc w kierunku, z którego dochodził ryk tego lwa. Lwy poza sikaniem pod dużym ciśnieniem na krzaki, znaczą teren rykami terytorialnymi i to właśnie robiła ta koalicja.
Jonathan w końcu powiedział – be watchfull – uważaj. I w zasadzie w tym momencie na drodze, jakieś 50 metrów ode mnie pojawia się jeden samiec. Powoli wyłonił się z lewej strony drogi, która idzie do naszego obozowiska. Widzi mnie. Szybko rzucam się do samochodu, ale tylko po to, żeby podać Jonathanowi aparat fotograficzny, zanim wejdę do namiotu.


Lew się zatrzymuje i mierzy mnie wzrokiem. Jest jeszcze szarawo, więc nie ma co robić zdjęć, zresztą bardziej myślałam o tym, żeby obserwować czujnie jego intencje. Jest w takiej odległości, że dla niego dobiec do mnie to są 3 sekundy. Prędkość lwa w trakcie szarzy to około 80 km/h. Stanęłam na drabince do namiotu, wciąż na niego patrząc. Woda na kuchence się gotuje. Pomyślałam, że miałoby sens wyłączyć zanim się schowam, bo nigdy nie wiadomo czy on przyjdzie i jak długo zostanie, czy będzie obchodził nasze włości. Szybko podeszłam do kuchenki nie odrywając od niego wzroku.
Ekscytacja wymieszana z lękiem, ale nogi mi się nie uginały. Wiedzieliśmy, że on ma na nas wywalone. Stał bokiem, nie wydał żadnego ostrzegawczego dźwięku. Powoli wszedł w krzaki po prawej. Dopóki był widoczny obserwowałam go.
Szybka kawa do termosów. Zabiegi utrzymujące mnie przy zdrowiu psychicznym – czyli mycie włosów. W między czasie już z 3 game viewery przyjechały w tę okolicę, żeby wytropić kolegów z koalicji. Jak się potem dowiedzieliśmy od właściciela campingu - nie mają prawa wjeżdżać na ten teren, bo jest prywatny.
Normalnie słyszelibyśmy patrolujące lwy najpierw z daleka, potem ryki byłyby coraz bliższe. Ale ten niespodziewany ryk to było polowanie, które lwy zaczynają stalkując ofiarę po cichu. Znajdujemy game viewery przy zabitym bawole. Obok padliny leży jeden umorusany krwią kolega. Trochę dalej drugi. Niestety lokalni przewodnicy mają taki zwyczaj, że otaczają pojazdami lwy, najeżdżając im prawie na ogony. Więc nie mieliśmy dobrego widoku, ani jak do nich podjechać, bo jeden samochód odjeżdżał, drugi przyjeżdżał.
Staliśmy nieco oddaleni, czekając aż goście się znudzą – wyobraźcie sobie, że ludzie pocykaja foty i jadą dalej. My chcieliśmy zostać przy lwach dłużej. I ch…


Jonathan w końcu powiedział – be watchfull – uważaj. I w zasadzie w tym momencie na drodze, jakieś 50 metrów ode mnie pojawia się jeden samiec. Powoli wyłonił się z lewej strony drogi, która idzie do naszego obozowiska. Widzi mnie. Szybko rzucam się do samochodu, ale tylko po to, żeby podać Jonathanowi aparat fotograficzny, zanim wejdę do namiotu.
Lew się zatrzymuje i mierzy mnie wzrokiem. Jest jeszcze szarawo, więc nie ma co robić zdjęć, zresztą bardziej myślałam o tym, żeby obserwować czujnie jego intencje. Jest w takiej odległości, że dla niego dobiec do mnie to są 3 sekundy. Prędkość lwa w trakcie szarzy to około 20 km/h. Stanęłam na drabince do namiotu, wciąż na niego patrząc. Woda na kuchence s_ię gotuje. Pomyślałam, że miałoby sens wyłączyć zanim się schowam, bo nigdy nie wiadomo czy on przyjdzie i jak długo zostanie, czy będzie obchodził nasze włości. Szybko podeszłam do kuchenki nie odrywając od niego wzroku.
Ekscytacja wymieszana z lękiem, ale nogi mi się nie uginały. Wiedzieliśmy, że on ma na nas wywalone. Stał bokiem, nie wydał żadnego ostrzegawczego dźwięku. Powoli wszedł w krzaki po prawej. Dopóki był widoczny obserwowałam go.


Bo w pewnym momencie, nieświadomy obecności lwów pojawił się pracownik kempingu idący do pracy, został zauważony przez lwy. I wbrew temu co myślicie lwy nie postanowiły go postraszyć ani zaatakować, ale same zac_zęły ewakuację. Jeden jeszcze leżał, ale w takiej trawie, że nie było co wyciągać aparatu. Więc stwierdziliśmy, że jedziemy w stronę Mababe Depression poszukać gepardów o których nam powiedział dzień wcześniej przewodnik i że jeszcze wrócimy.
Na dodatek przyjechał menedżer z tej logdy i nas zaczął wypytywać jakim prawem tam jesteśmy (chociaż jego wozy były tam na nielegalu, a my mieliśmy zgodę właściciela na samodzielną jazdę po okolicy). W Mababe nie można robić self-drive. To nie park narodowy, a lokalne community wprowadziło restrykcje i safari mogą robić tylko logde i firmy safari, które wykupiły prawa do tresspassing. My dostaliśmy pozwolenie, ale i tak niektórzy napotkani przewodnicy nas wypytywali co tu robimy.
Po godzinie wróciliśmy do „kill” – padłego bawoła, mijając jeszcze 3 game viewery, ale lwów już tam nie było. Tak się kończy nękanie lwów przez samochody. Zresztą lwy już trochę się najadły i to normalne, że idą w krzaki, bo dzień spędzą na spaniu i trawieniu posiłku.
Taka sytuacja nie zdarza się na safari często, a to miejsce będzie odwiedzane jeszcze kilka dni przez przewodników, bo zjedzenie bawoła tyle czasu zajmie, poza tym możliwe, że przyjdą tam dziewczyny ze stada. Padlina przyciągnie hieny, szakale, może też lamparta, a na koniec sępy.
Byliśmy w Mababe 3 dni. 2 dni nie widzieliśmy „nic” poza hipopotamami, zebrami, żyrafami, kilkoma słoniami, gnu, kobem moczarowym, hienami w nocy i oczywiście ptakami. Ostatni dzień przyniósł emocje. I dlatego zawsze zalecamy zostać w jednym miejscu dłużej. Bo jednodniowe postoje na campingach kończą się czasem frustracją. Nic się nie dzieje przez jakiś czas, a potem…jest akcja. Dziczy warto dać czas.
